Skąd się biorą ceny?

Pietruszka kosztuje już czternaście złotych za kilogram. Pomarańcze i ananasy w dyskoncie mają cenę niższą niż nasze rodzime ziemniaki. Można odnieść wrażenie, że ktoś kto ustala ceny, dostał na zajęciach wychowania fizycznego w głowę piłką lekarską. I ta piłka wcale niczego nie leczy. Rok temu przeżywaliśmy szaleństwo z cenami masła, w tym roku oszalały ceny warzyw i owoców. Aż się ciśnie pytanie: skąd oni biorą ceny?

W powszechnym wyobrażeniu proces ustalania cen w sklepach wygląda mniej więcej tak. Pan Mietek gdzieś na Podlasiu ma trzy hektary ziemi, na których postanowił hodować pietruszkę. Kupił nasiona, wynajął ciągnik najpierw do orki, później do wysiania pietruszki. Następnie będzie specjalnie dla Ciebie tę pietruszką przez kilka miesięcy podlewał, plewił, przerywał. Aż w końcu przyjdzie czas zbiorów i pan Mietek pietruszkę powyrywa. Oczywiście nie sam. Będzie musiał kogoś wynająć. Gdy pietruszka będzie już wykopana, umyta i spakowana w skrzynki, pan Miecio szybko policzy koszty. Wymyśli sobie do tego jakąś marżę i zawiezie do dyskontu. Ten doliczy swoje koszy i swój zarobek i w końcu będziemy mogli ponarzekać, że w sklepie drogo.

Co może pójść nie tak?

Żeby zobaczyć jak bardzo kulawy jest ten model, wystarczy wyobrazić sobie kilka sytuacji, w których coś w trakcie tej prostej procedury poszło nie tak. Na przykład pan Miecio może wybrać się ze swoimi zbiorami do dyskontu. Na miejscu spotka bardzo ważnego dyrektora od zaopatrzenia, a ten mu powie, że lokalni konkurenci pana Miecia sprzedają pietruszkę o wiele taniej. W związku z tym nie ma mowy, żeby dyskont zapłacił za pietruszkę dziesięć złotych za kilogram. Zapłacą najwyżej pięć.

Innym razem może okazać się, że w tym roku na polach Podlasia rozpanoszył się turkuć podjadek. To małe stworzonko, choć ma najbardziej pluszową nazwę w świecie owadów, ma też bardzo niesympatyczne zwyczaje. Unosi młode rośliny, które wskutek tego więdną i zasychają. Wygryza też dziury w korzeniach, a czasem zjada je w całości. Jeśli okaże się, że armia turkuci wędrując pomiędzy pietruszkowymi imperiami Podlasia z jakichś powodów ominie pole pana Miecia, to będzie miał on powody do radości. O ile oczywiście turkucie nie oszczędzą plantacji jego konkurentów. Szybko bowiem okaże się, że sami zgłoszą się do niego dyrektorowie dyskontów i będą prześcigać się w oferowaniu lepszej ceny na deficytowy towar.

Zanim podasz kanapki, popytaj o pieniądze

Jak widać odpowiedź na pytanie o to dlaczego pietruszka ma cenę równie porażającą jak kolędy w wykonaniu sióstr Godlewskich nie jest wcale prosta. Żeby dokładnie wyjaśnić skąd się biorą ceny, trzeba sięgnąć po jedno z podstawowych zagadnień ekonomii. Jak się pewnie domyślili niektórzy czytelnicy, chodzi o prawo popytu i podaży. Wbrew temu co sądzą niektórzy, nie sprowadza się ono do zasady: „Zanim podasz kanapki, popytaj o pieniądze”. Wymaga ono nieco więcej wyjaśnienia, za to całkiem dobrze opisuje w jaki sposób ustalane są ceny. Aby je zrozumieć najpierw musimy zdefiniować popyt i podaż.

Popyt, a co to takiego?

Zacznijmy od definicji pojęcia popytu. W potocznym znaczeniu oznacza on to co ludzie chcą kupić. Inaczej mówiąc zapotrzebowanie na jakiś produkt czy usługę. Mądrzy ekonomiści zapewne powiedzą nieco inaczej. Dla nich popyt jest odwrotną relacją między ceną dobra ( lub usługi) a ich ilością, którą konsumenci są w stanie nabyć w danym okresie (ceteris paribus).

Dla porządku dodam tylko, że ów ceteris paribus co prawda pochodzi z łaciny, ale nie jest określeniem gatunku zwierzątka, czy rośliny. Należy go tłumaczyć na sformułowanie „przy pozostałych warunkach niezmiennych”. I w tym wypadku oznacza tylko tyle, że bierzemy pod uwagę relację ceny i ilości danego dobra nie biorąc pod uwagę wpływu innych okoliczności. Jeżeli chcielibyśmy przedstawić tę odwrotną relację między ceną, a ilością w sposób graficzny, moglibyśmy posłużyć się poniższym wykresem.

POPYT

Najprostszy wniosek jaki każdy może wyciągnąć z pobieżnej obserwacji takiego wykresu jest taki, że wraz ze wzrostem ceny przesuwamy się wzdłuż krzywej popytu w górę i wraz z tym przesuwaniem możemy mówić o spadku wielkości popytu. Jest jeszcze drugi, jakże zaskakujący wniosek. Spadkowi cen towarzyszy spadek wielkości popytu.

Ktoś przesunął mi moją krzywą popytu

Tak długo jak rozważamy tylko relację ceny i ilości dobra, przesuwamy się wzdłuż krzywej i mówimy o zmianach wielkości popytu. Są jednak czynniki – łobuzy, które potrafią nam przestawić całą z wysiłkiem narysowaną krzywą popytu. Najgorsze łobuzy wśród czynników -czynniki pozacenowe. Wśród nich można wymienić:

  • zmiany dochodów konsumentów -wzrost dochodów powoduje zwiększenie możliwości nabywczych, więc rośnie popyt,
  • zmiana cen dóbr substytucyjnych – jeśli dla przykładu cena masła oszalej może okazać się, że podniesie się również cena margaryny;
  • wzrost lub spadek cen dóbr komplementarnych ( a więc takich, które konsumujemy łącznie) – gdy mocno zdrożeje benzyna, wiele osób może zrezygnować z zakupu samochodu;
  • zmiany demograficzne – wzrost populacji może spowodować wzrost popytu na wiele dóbr
  • zmiany gustów konsumentów.
  • oczekiwania wobec przyszłej ceny.

Wszystkie z wymienionych czynników przesuwają cała krzywą popytu. Powodują tym samym nie tyle zmianę wielkości popytu, co zmianę popytu jako takiego.

POPYT

Od tych paradoksów oszaleć można

Żeby nie było za łatwo ekonomia zna kilka dobrze opisanych paradoksów, które w szczególnych wypadkach wywracają wyżej wspomniane reguły do góry nogami. Wymieńmy krótko trzy z nich:

Paradoks Griffena – pan Griffen XIX-wieczny ekonomista zauważył, że wzrost cen chleba wcale nie powodował spadku jego spożycia. Wręcz przeciwnie, wielkość popytu na chleb rośnła. Ten wzrost był szczególnie zauważalny wśród rodzin o niskich dochodach. I prawdę mówiąc, bardzo chciałbym zobaczyć jego minę w momencie, gdy stwierdził, że działanie prawa popytu w przypadku chleba staje na głowie. Dziś wiemy, że paradoks ten dotyczy sytuacji, w której przy niskich dochodach rosną ceny dóbr zaspokajających podstawowe potrzeby. Przy czym istotnym czynnikiem jest to, że dobra te albo nie mają bliskich substytutów, albo ceny tych substytutów są znacznie wyższe od naszego badanego dobra.

Paradoks Veblena – to chyba mój ulubiony spośród paradoksów dotyczących popytu. Prawdziwy ptyś wśród paradoksów. I gdybym to ja był panem Veblenem, nazwałbym to zjawisko paradoksem „głupie ludzie”. Pan Veblen zauważył bowiem, że w przypadku dóbr niosących z sobą blichtr i prestiż cena potrafi wpływać na wielkość popytu odwrotnie niż to bywa w przypadku innych dóbr. W miarę wzrostu cen ich nabywcy dóbr luksusowych pragną ich jeszcze bardziej, ponieważ wraz ze wzrostem ceny rośnie dołączana do nich ilość punktów prestiżu. Spadek ceny powoduje westchnięcie z politowaniem nad spowszechnieniem dobra i spadek wielkości popytu.

Paradoks spekulacyjny – mówi o tym, że konsumenci przy wzroście ceny kupują więcej wówczas, gdy spodziewają się, że ceny produktu dalej będą rosnąć.

Podaż, czyli w drugim narożniku

Skoro znamy już jedną stronę odwiecznego zmagania w procesie ustalania cen, pora byśmy przywołali na arenę drugiego zawodnika. Proszę Państwa, w czerwonym narożniku podaż, siłą i zaciętością dorównująca samemu Andrzejowi Gołocie.

Potocznie jako podaż rozumiemy to co producenci i usługodawcy są skłonni sprzedać. Mądrale od ekonomii mówią, że podaż to relacja pomiędzy ilością dostarczanych produktów i usług, a ich cenami określonymi w czasie. Wzrost ceny powoduje wzrost ilości dóbr oferowanych na rynku. Spadek ceny powoduje zmniejszenie oferowanej ilości na rynku. Oczywiście w obu przypadkach występuje nasz stary znajomy: ceteris paribus.

PODAŻ

Przejdźmy więc do odkrywczych jak zwykle wniosków wynikających z interpretacji graficznej tej relacji. Po pierwsze zmiany ceny i zmiany wielkości podaży odbywają się w tym samym kierunku. Po drugie wzrost ceny powoduje przesuwanie się w górę krzywej podaży, a więc wzrost podaży. Spadek ceny, to przesuwanie się w dół krzywej i spadek podaży.

Znowu te łobuzy

Jak się pewnie już domyślasz również na podaż potrafią wpływać nasi znajomi, czynniki pozacenowe. Tym razem przychodzą jednak nieco w innym zestawie. Wśród najbardziej istotnych można wymienić:

  • ceny czynników produkcji, a więc ziemi, surowców ( w tym nasion pietruszki, wysokość płac, ceny energii itp,
  • zmiany technologiczne,
  • podatki,
  • subsydia,
  • przewidywane przyszłe ceny,
  • sezonowość.

Zmiany tych czynników powodują przesunięcie się całej krzywej podaży.

PODAŻ

To w końcu skąd się biorą te ceny?

W końcu dochodzimy do momentu, w którym możemy przestać narzekać na pana ustalającego ustala ceny w dyskoncie. Dzięki poznanym wcześniej bohaterom dramatu możemy poszukać odpowiedzi na tytułowe pytanie. Żeby zobaczyć jak działa rynkowy mechanizm ustalania cen, wpuśćmy razem do jednego ringu popyt i podaż. Przyjrzyjmy się swoistemu przeciąganiu liny, w którym biorą one udział. W wyniku działania mechanizmu rynkowego powstaje tendencja do ustalenia takiej ceny, w której popyt i podaż będą się równoważyć. Przy każdej cenie wyższej od ceny równowagi powstaje nadwyżka podaży nad popytem. Upraszczając, towary zalegają w magazynie i ich właściciele w końcu muszą wpaść na pomysł obniżenia ich cen jeżeli chcą się ich pozbyć.

Natomiast przy cenie niższej niż cena równowagi powstaje niedobór. Wracając do przykładu z pietruszką, to ta sytuacja, kiedy odbiorcy sami zaczynają się rozglądać po rynku za możliwością zakupu towaru, bo z powodu turkucia podjadka, albo z innych przyczyn, jest go mniej na rynku. W takiej sytuacji konkurencja wśród nabywców spowoduje wzrost ceny.

POPYT I PODAŻ

A co z tą ceną pietruszki?

Spójrzmy więc jeszcze raz na powyższy model i spróbujmy odpowiedzieć sobie co się stało, że ceny pietruszki oszalały. Jak się wydaje główną przyczyną wysokich cen pietruszki jest mała ilość opadów w zeszłym roku. Pietruszka jest trudna w uprawie, szczególnie zaś wrażliwa na niedobór wody. To właśnie ten czynnik spowodował przesunięcie krzywej podaży w lewo. W skutek tego punkt równowagi przesunął się po krzywej popytu w lewo i do góry. Wzrosła więc cena.

Dodatkowym czynnikiem stwarzającym presję na wzrost cen są warunki pogodowe w tym roku. Rynek przewiduje, że zbiory znowu będą niewielkie. Reaguje więc wzrostem cen już z wyprzedzeniem.

Dziękuję Ci za życzliwą uwagę. Mam nadzieję, że pomogłem. Liczę na Twoją opinię w komentarzach. (Proszę, błagam, mam zdrowom curke). 😉

To kolejny tekst z cyklu Odkrywanie Ekonomi. Zachęcam do lektury pozostałych tekstów:
– Skąd biorą się ceny
– Księgowanie mentalne – pułapka dla Twojego portfela

  1. Świetny wpis! Mnie kiedyś mocno zdziwiło, jak znajomi zaprosili nas na pole, żebyśmy sobie nazrywali truskawek. Porozmawialiśmy wtedy i wyszło na to, że w ogóle nie sprzedają ich „na świeżo”. Bardziej opłaca im się przechować je w chłodni i później sprzedać większej firmie. Kiedyś podobno próbowali je sprzedawać na rynku, to inni sprzedawcy, którzy kupują truskawki od pośredników, przez co mają wyższe ceny, bardzo usilnie próbowali działać na ich szkodę.

    • Krzysiek Runiec

      Miye’s Imaginations, Dziękuję za miły komentarz.Korzystanie z chłodni w opisanym przez Ciebie wypadku to czekanie na spadek podaży. Działanie więc całkiem rozsądne. Co do przygód na lokalnym rynku mam nadzieję, że Twoi znajomi wyszli zwycięsko z walki z nieuczciwą konkurencją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *